„Zjadanie zwierząt” – recenzja

Opowieści są ważne. Tworzą i spajają rodzinę, wspólnotę i społeczeństwo. Jonathan Safran Foer, autor książki „Zjadanie zwierząt” wie o tym bardzo dobrze będąc nie tylko wnukiem, synem i ojcem, ale na dodatek pisarzem. Jedzenie zaś – czynność, którą wykonujemy wszyscy parę razy dziennie – jest ściśle związana z opowieściami, szczególnie tymi  rodzinnymi, na przykład o wybitnych zdolnościach kulinarnych babci czy mamy (rzadziej dziadka czy ojca). Dla pokolenia, które przeżyło wojnę, jedzenie może kojarzyć się z głodem, ale też zachowaniem godności i człowieczeństwa: babcia Foera, Żydówka, mimo głodu odmówiła zjedzenia wieprzowiny. Dla współczesnych Foerowi Amerykanów czy mieszkańców innych krajów zachodnich, jedzenie to nierzadko czysta przyjemność ale też problemy z otyłością czy marnotrawstwem. Tradycyjne dania towarzyszą nam przy obchodzeniu świąt związanych z historią kraju (np. Święto Dziękczynienia w USA) czy z religią (Wigilia w Polsce).

Webp.net-resizeimage (2)

Innymi słowy, jedzenie to temat naładowany ludzkimi znaczeniami. Ale to nie wszystko. Szczególnie w krajach rozwiniętych, jedzenie oznacza również konsumpcję olbrzymich ilości mięsa, nabiału i jaj, a więc chów i zabijanie ogromnej liczby zwierząt. Foer stykał się ze zwierzętami od dziecka. Świadomość, że zwierzęta są zabijane, aby na stole pojawił się talerz z kurczakiem czy hamburgerem, dotarła do niego parę razy ze zwiększoną siłą i spowodowała, że na jakiś czas stawał się wegetarianinem. Nigdy jednak na dłużej.Tym razem, z okazji narodzin syna, Jonathan Safran Foer postanowił zgłębić temat produkcji mięsa, aby umożliwić sobie, a w przyszłości synowi, podejmowanie bardziej świadomych decyzji  w tym zakresie. Przeczytał wiele książek, artykułów i raportów. Odwiedził fermy przemysłowe i te stosujące  mniej intensywne metody chowu. Był też w rzeźni. O czym jest jego książka i – co równie ważne – o czym nie jest? Spróbuję się temu przyjrzeć.

Foer dowiedział się, że w Stanach Zjednoczonych blisko 100 proc. mięsa pochodzi z chowu przemysłowego. Proces, który poprzedza pojawienie się mięsa w sklepie obejmuje hodowlę i chów przede wszystkim kur, indyków, świń i krów, ich transport do rzeźni i zabijanie zwane ubojem. Na każdym etapie tego procesu to, co dzieje się ze zwierzętami jest podporządkowane wytworzeniu taniego i w miarę smacznego produktu, przy minimalnych kosztach i z maksymalnym zyskiem. Tak jak małe indyki, które widział Foer nocą na fermie,  również kury czy świnie żyją w tłoku, by można było zmieścić ich jak najwięcej na określonej przestrzeni. Stłoczenie wzbudza agresję, na którą hodowcy reagują obcinaniem dziobów ptakom, a kłów i ogonów świniom. Okaleczają bez znieczulenia nie dbając o to, czy boli i czy cierpienie chwilowe nie zmieni się w chroniczne.  Na fermach zwierzęta żyją w brudzie i  smrodzie własnych odchodów, z nieleczonymi złamaniami, kontuzjami i ranami. Cierpienie większości i śmierć  określonego odsetka zwierząt jeszcze na fermie jest wliczona w akceptowane koszty hodowli.  Ale to nie wszystko. Źródłem cierpienia jest też selekcja hodowlana: człowiek stworzył zwierzęta, dla których własne ciała są klatką nie do zniesienia.  Jednym z wielu przykładów są tzw. brojlery – kurczęta, które wyhodowano po to, by rosły w zawrotnym tempie. Większość tych zwierząt jest upośledzona ruchowo i prawdopodobnie cierpi z powodu chronicznego bólu.

Foer odwiedził też rzeźnię, którą określił mianem “doskonałej”. Nazwał ją tak prawdopodobnie dlatego, że firma ta nie należy do korporacji i stosuje parę zasad nieobecnych gdzie indziej, np. wpuszczanie zwierzęcia do miejsca uboju tak, by jego zabicia nie widzieli współtowarzysze niedoli. Niemniej sam właściciel rzeźni przyznaje, że narzędzie do natychmiastowego ogłuszania działa tylko w 80 proc. przypadków. Mnie osobiście dziwi mówienie o doskonałości, nawet przekąsem, w przypadku  biznesu, którego racją bytu jest pozbawianie życia.

Autor poświęcił też trochę miejsca rybom. I słusznie. Coraz więcej badań składa się na przekonujący argument, że są to zwierzęta zdolne do odczuwania bólu i cierpienia. Hodowla ryb podporządkowana jest podobnym zasadom jak hodowla innych zwierząt w ramach przemysłu spożywczego. Rybołówstwo zaś Foer określa mianem wojny z rybami.  Kiedy zapoznamy się z arsenałem, który jest używany w tym przemyśle, a także skalą spustoszenia jakie siejemy w morzach i oceanach (zabijając ogromną ilość ryb, które zamierzaliśmy zabić, jak również jeszcze większą ilość innych zwierząt, które dostały się do sieci przy okazji),  termin “wojna” okaże się pasować jak ulał.

Nie sposób odnieść się do wszystkich poruszonych kwestii i zadanych w książce pytań.  Jest ich bowiem bardzo wiele.  Autor omawiał oczywiście kwestię zanieczyszczenia środowiska przez przemysł mięsny powołując się na znane raporty i opracowania. Temat ten pojawia się często, kiedy mówi się dziś o produkcji zwierzęcej, bo jest ona pod tym względem gorsza niż cały transport lądowy, morski i powietrzny razem wzięte. Są  jednak jeszcze dwie inne kwestie dotyczące zdrowia publicznego, które poruszane są rzadziej w kontekście produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego. Warto więc podkreślić, że Foer omówił je szerzej.  Po pierwsze, problemem są wirusy, które nie tylko zabijają zwierzęta na fermach ale również mutują i przenoszą się na ludzi tworząc zagrożenie epidemiologiczne także w obrębie naszego gatunku. Po drugie, na fermach, szczególnie tych przemysłowych, stosuje się ogromne ilości antybiotyków. Stąd pochodzi wiele antybiotykoopornych bakterii, które coraz trudniej eliminować, kiedy powodują choroby również u ludzi.

Jakie rozwiązanie proponuje Foer? Jak sam podkreśla, “Jedzenie zwierząt” nie jest o wegetarianizmie. Autor dużo miejsca w swojej książce oddaje tzw. tradycyjnym farmerom takim jak hodowca indyków Frank Reese, czy hodowca bydła Bill Niman i jego żona Nicolette.  Z jednej strony autor kontrastuje sposób, w jaki utrzymują oni zwierzęta z metodami stosowanymi na fermach przemysłowych (chodzi tu o więcej przestrzeni życiowej i nieco dłuższe życie).  Z drugiej zaś, zauważa jednak, że nie jest to sielanka. Bydło wciąż ma wypalane gorącym żelazem znaki na skórze,  a tuczenie krów nie ma nic wspólnego ze zdrową dla nich dietą. Wreszcie, wszystkie zwierzęta czeka transport i rzeźnia, a nawet ta “doskonała” co piątego zwierzęcia nie ogłusza za pierwszym razem.  Mimo to Foer chwali takich ludzi i popiera ich działalność. Sam będąc dziś wegetarianinem,  jest członkiem zarządu organizacji Farm Forward, która wspiera rozwój ferm podobnych do tych opisanych w jego książce.  Ci “dobrzy” farmerzy z dużą łatwością przechodzą do porządku dziennego nad faktem, że zwierzęta jednak doznają  cierpienia i są zabijane dla zarobku i zaspokojenia popytu na produkty pochodzące z fermy, które nie są przecież potrzebne do życia. Jeszcze podczas pisania książki, która została wydana w 2009 roku, Bill Niman – po licznych konfrontacjach z zarządem – opuścił firmę, którą sam założył. Obecnie nie je produktów znakowanych logo Niman Ranch twierdząc, że firma nie utrzymuje zwierząt w odpowiednich warunkach. Czego można się spodziewać po fermach z certyfikatami dobrego czy wręcz humanitarnego traktowania? Na pewno sprawnego marketingu.  Kto z nas nie widział rysunków uśmiechniętych świń, zrelaksowanych krów? Kto nie słyszał hasła o “jajkach od szczęśliwych kur”? Jednak wiele filmów robionych ukrytą kamerą pokazuje tłok, brud i chore zwierzęta.  One się przecież nie poskarżą, szczególnie wtedy, gdy będą już leżeć ładnie zapakowane na sklepowej półce.

O czym ta książka nie jest? Dużym i niezrozumiałym pominięciem jest produkcja mleka. Niedosyt pozostawia krótki opis produkcji jajek.  A przecież te przemysły oparte są na takich samych zasadach: wykorzystania zwierząt, ich zabijania, minimalizacji kosztów i zarabianiu pieniędzy na czyimś cierpieniu i śmierci. Foer zaś przeczytał wystarczającą ilość literatury, żeby zdać sobie z tego sprawę. Książkę pisał dla syna, aby ten mógł dokonywać świadomych wyborów. Dlaczego świadomość ma nie obowiązywać przy półkach z nabiałem? Paradoksalnie, mimo opisów rzeźni, ta książka nie zastanawia się nad etycznością odbierania życia.  Etykę w stosunku do zwierząt ogranicza Foer do kwestii zadawania cierpienia, a i tutaj wprowadza ulgowe traktowanie, dopuszczając pewne rodzaje hodowli. A przecież nie sposób dowieść, że świnia chce żyć mniej niż pies. Dlaczego zatem zabijanie jej dla pieniędzy i dla kotleta mielibyśmy uważać za neutralne, a zabicie psa, by spokojnie wyjechać na urlop uznalibyśmy za naganne? Foer porównuje nasz stosunek do psów do naszego podejścia do zwierząt “jadalnych”, by pokazać arbitralność podziału, jaki stworzyliśmy między tymi zwierzętami, po czym sam wpada w jego sidła.

Temat cierpienia zwierząt pozaludzkich jest ważny. Szczególnie trzeba mówić o cierpieniu i krzywdzie, które zadają ludzie w ramach hodowli i zabijania, bo ta praktyka jest odwracalna. To prawda, że nie przywrócimy zdrowia i życia miliardom zwierząt, które dawno temu wylądowały w naszych żołądkach. Nie pomożemy również większości tych, które w tej chwili przeżywają krótkie tygodnie, miesiące czy lata życia dostarczając nam wbrew własnej woli, ze szkodą dla zdrowia, albo już po śmierci mleka, jajek i mięsa. Możemy jednak działać już teraz na rzecz lepszej przyszłości. Ta książka jest dobra pod tym względem, że nagłaśnia problem. Oferuje jednak złudne i nieadekwatne rozwiązanie w postaci ferm, które, choć w mniej drastyczny sposób, wciąż krzywdzą i zabijają zwierzęta. Istnieje jednak inna alternatywa – jest nią produkcja roślinna do bezpośredniej konsumpcji dla ludzi: zboża, warzywa, owoce. Korzystają z niej miliony ludzi, czerpiąc satysfakcję, dbając o własne zdrowie i środowisko, ciesząc się, że nie uczestniczą w eksploatacji zwierząt. A rolnicy? No cóż, zamiast iść w ślady Franka Reese’a czy Billa Nymana, mają do wyboru przykład byłych hodowców, którzy tak jak “szalony kowboj” Howard Lyman czy Harold Brown  z Farm Kind zajęli się uprawą roślin i prozwierzęcym, proekologicznym aktywizmem.

Katarzyna Biernacka


Alicja Spodenkiewicz

Weganka od 2002 roku. W Empatii od tak dawna, że nie pamięta już od kiedy. Jest lekarką weterynarii. Pracuje dla organizacji pozarządowych. Prowadzi dom tymczasowy OGON- Opieka nad Gryzoniami Odrzuconymi i Niechcianymi. Trafiają tam zwierzęta uratowane przed śmiercią w laboratoriach. Być w środowisku prozwierzęcym i nie znać Alicji to niemal niemożliwe.

Pomóż nam działać

Wspieraj Empatię

Darowizna

Podaj kwotę

1procentpodatku

Przekaż